Wczoraj spektakl „Listy do Skręcipitki” miał specjalny pokaz dla wychowanków Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego nr 2 w Warszawie przy ul. Strażackiej. To tam od prawie ćwierćwiecza odbywają się Ogólnopolskie Spotkania Małych Form Teatralnych. Ośrodki wychowawcze z całej Polski przygotowują własne spektakle, a ich wychowankowie chodzą wtedy do teatrów. Są też spektakle, które przyjeżdżają do nich. „Listy do Skręcipitki” były własnie takim gościnnym przedstawieniem.

Obecny na sali widz był specyficzny. Wszystko dlatego, ze ośrodek jest miejscem szczególnym. Jego historia sięga roku 1934, kiedy Towarzystwo Dobroczynne im. Michaliny Mościckiej założyło Zakład dla Dziewcząt Moralnie Zaniedbanych. Siedzibą był dom prezydenta Gabriela Narutowicza, przy ulicy Parkowej. Zakład prowadził internat dla 30 wychowanek – dziewczęta uczęszczały do szkół powszechnych przy ulicy Belwederskiej i Dolnej, po południu uczyły się krawiectwa. Teraz ośrodek mieści się przy ulicy Strażackiej i można powiedzieć, że to luksusowy pensjonat, ze szkołą, salą gimnastyczną i stołówką, która czasem zmienia się w salę teatralną, bo ma scenę itd. Uczą się tu 72 dziewczyny. Na sali byli jednak też chłopcy, którzy przyjechali w gościnę z innych tego typu placówek, by pokazać przygotowane przez siebie spektakle.

Zanim wszedłem na scenę reżyserka powiedziała kilka słów, by przygotować widza na to, że język sztuki jest językiem innym niż dzisiejszy, ale autentycznym. Że tekst powstał sto lat temu nie z myślą o tym, że będzie na scenie, ale są to zwykłe listy zwykłego człowieka do żony.

Młodzież miała za zadanie zapamiętać niektóre wyrazy. Co zapamiętali? Cipuchnę, pierdzimączkę, salcesona ewangelickiego i… tytułową skręcipitkę. Umknęły im arszyny, maźnice czy wiorsty. Nigdzie jednak nie dostałem takich braw, jak tam. I tylko po spektaklu kilka osób dopytywało się… jak to się nazywało? Mono…. co?