Dla monodramu nie ma to znaczenia, ale dla tych, którzy lubią wiedzieć „co dalej” często ma znaczenie ogromne. Co dalej ze Skręcipitką? Co z córka pary – Janką? Trochę o tym już pisałem, ale… prawdziwych historii nigdy dość. Jest jedno świetne źródło opowiadające o tym, jak radziła sobie wdowa po Antoleńku w czasie II Wojny światowej. To pamiętnik z okresu wojny, okupacji i Powstania wnuka „Skręcipitki” i syna „Wyskrobka” – Macieja Piekarskiego, czyli wydana w 1979 roku nakładem PIW książka „Tak zapamiętałem” (seria z Syrenką). Oto jak panie „powitały” nadejście wojny. Mieszkały wtedy na Sadybie w tzw. „Bloku Sadyby Oficerskiej” przy ul. Morszyńskiej 5.

Na zdjęciu Janina z Adamskich Piekarska z matką Leokadią Karoliną z Przybytkowskich i z Antonim Piekarskim. Zdjęcie zrobione na Saskiej Kępie w ogrodzie drewnianego domu przy Walecznych w 1928 roku. To jedno z niewielu wspólnych zdjęć całej trójki.

(…) 1 września rano zbudziły nas dalekie detonacje i wycie syren na alarm. Ponieważ w sierpniu kilkakrotnie były tzw. próbnie alarmy, teraz nie zrobiło to na nas większego wrażenia. Wygramoliliśmy się z łóżek i na rozkaz mamy poszliśmy do łazienki. Siedzieliśmy w wannie, troskliwie szorowani przez mamę, gdy znów zawyły syreny na alarm i nastąpiły serie potężnych wybuchów. Dom zatrząsł się lekko w posadach. Zdenerwowana mama ostro wycierała mnie ręcznikiem, gdy wpadł dziadek. „Wojna! Niemcy bez wypowiedzenia przekroczyli granicę na całej długości! Zaatakowali Westerplatte! Bombardują Warszawę! Radio przed chwilą nadało orędzie prezydenta!”, wykrzyknął. W tym samym momencie babci Karolci (Skręcipitce – przyp. ZM) zrobiło się słabo, a mnie chwyciły boleści. Babcia usiadła na sedesie, mnie zaś pozostał nocnik. Mama (Janina z Adamskich, córka Antoleńka – przyp. ZM) drżącą ręką, mrucząc pod nosem: „…dziesięć, dwanaście, czternaście”, odliczała na łyżkę cukru krople miętowe. W tym momencie prysła też radość z posiadania maski gazowej. Siedząc na nocniku koło naszego konia na biegunach, pod którego siodłem, pod tybinką, wisiała Antkowa szabla, głaskałem go po wyleniałej grzywie i trząsłem się ze strachu.

Po kilkunastu minutach, gdy minął nalot, zeszliśmy wszyscy piętro niżej, do dziadków. Mama usiłowała uzyskać połączenie telefoniczne z ojcem. Udało się. Mimo że na twierdzę spadły bomby, ojciec był zdrów i cały. Ze względu na konieczność szybkiego ukończenia robót rozpoczętych przez ojca w elektrowni w twierdzy miał on rozkaz pozostać w Modlinie.
Akurat gdy mama kończyła rozmowę, nadszedł pan Antek Galat. W tym momencie syreny znów zawyły na alarm. Nad miastem rozszalał się ogień zenitówek. Przez okno z gabinetu dziadka widać było, jak na bezchmurnym niebie raz po raz wykwitają obłoczki szarego dymu. Od strony mostu Poniatowskiego ukazywały się na niebie srebrne sylwetki samolotów, których ciężkie dudnienie słychać było bardzo wyraźnie wśród łoskotu zenitówek i huku eksplodujących bomb. Z głośnika radiowego raz po raz dochodził spokojny, opanowany głos spikera: „Uwaga! uwaga! nadchodzi…”, potem jakieś cyfry, znów „uwaga, uwaga… przeszedł”, znów liczby, „nadchodzi”. Detonacje eksplodujących bomb, warkot samolotów to zbliżały się, to oddalały. W pewnej chwili dom zaczął się kołysać od potężnych wybuchów. Za radą pana Antka zgromadziliśmy się w korytarzu leżącym na osi bloku, „ograniczonym dwoma ścianami nośnymi”, jak nam tłumaczył. Ja z babcią Karolcią znów dostaliśmy boleści i mama znów zaczęła nam odliczać krople.”

C.D.N.